czwartek, 24 listopada 2016

piątek, 1 maja 2015

Mój pomysł na... zielnik na balkonie :)

Świeżych ziół nigdy dosyć! Zawsze mam jakieś na kuchennym parapecie, ale... mamy maj, spokojnie można zaszaleć już z sadzeniem roślin na zewnątrz. Jeśli macie do dyspozycji balkon - świetnie! Sadzonki można umieścić w tradycyjnych donicach, albo - żeby nie tracić miejsca - wykorzystać takie oto plastikowe pojemniki nakładane na poręcz.


Jak widzicie - połączyłam zioła z kwiatami. Na razie są to stokrotki, ale niebawem zastąpią je piękne jaśminy, które utworzą naturalną osłonę poręczy balkonowych. Ok, wróćmy do tematu ;) Zioła najlepiej kupować na giełdzie kwiatowej - gwarancja dobrego wzrostu jest wtedy baaardzo duża. Podobnie, tylko trochę drożej, jest na targowiskach. Market to ostatnie miejsce, w którym kupuję zioła, ale wiadomo - czasami jedyne dostępne w danej chwili. Dobrze wtedy pamiętać, że im szersza/większa doniczka - tym lepiej rozwinięty system korzeniowy. Po przesadzeniu do pojemników należy je oczywiście od razu podlać. Ogólnie rośliny balkonowe najlepiej nawadniać rano, wtedy w ciągu dnia dobrze poradzą sobie z majowym słońcem, którego mam nadzieję będzie pod dostatkiem. 


Pojemniki, które zastosowałam w tych nasadzeniach, występują w różnych rozmiarach i kolorach. Posiadają elementy mocujące, dlatego pasują również na cieńsze poręcze. Dostępne są w kilku różnych marketach, nie powinno być problemu z dostępnością. Nie zapomnijcie o otworach odpływowych dla wody. Są konieczne i trzeba wykonać je samodzielnie. Bardzo polecam takie rozwiązanie, póki co nie znalazłam lepszego :) 
PS. To nie jest post sponsorowany heh ;) A szkoda, mam jeszcze wolne miejsce ;)

Pozdrawiam, 
Aneta

środa, 29 kwietnia 2015

"A co jeśli się uda?" - Magiczne pytanie :)

Takie świetne pytanie, a tak rzadko sobie je zadaję... Częściej pojawia się czarnowidztwo, które zazwyczaj nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Zastanawiam się ile okazji zmarnowałam, ilu chwil nie przeżyłam, ile razy wycofałam się z powodu błąkającego się po głowie jak mantra "a co jeśli się nie uda?". A to przecież takie przyjemne, zastanawiać się, snuć wizje jak cudownie będzie gdy zrealizuję to o czym myślę :) Naturalnym skutkiem ubocznym zadawania sobie tytułowego pytania jest rozbudzenie w sobie kolorowych, optymistycznych wizji, które popychają w kierunku realizacji planów i spełniania marzeń :) Wiem już, że warto marzyć, wiem też, że marzenia się nie spełniają (nie ma na co czekać, niestety) - marzenia się spełnia (trzeba wziąć sprawy w swoje ręce, najlepiej od razu), wiem, że spełnianie marzeń nie jest trudne, wiem, że jest możliwe, wiem, że należy marzyć z rozmachem. No fajnie :) Co dalej? 


Teraz przyszła kolej na snucie pozytywnych wizji, które dają jeszcze większą energię i sprawiają, że marzę częściej i bardziej intensywnie :) Zbyt często rozpoczynając kolejny projekt startowałam mentalnie przygotowana na niepowodzenie. Miałam w myślach opracowany plan B, C, a często i D. Myślałam, że to przezorność czy zaradność, a to zwykły strach. Strach przed porażką i brak zgody na nią. Zabrakło odwagi, a bez tego nie ma marzeń. Oczywiście, że nie wszystko jest zawsze po mojej myśli. Czasami spadam twardo na cztery litery, dostaję obuchem po głowie. Te doświadczenia są bardzo potrzebne. Oprócz tego, że uczą pokory (której dziś bardzo brakuje) - skłaniają do myślenia (tego też brakuje) i wskazują kierunek.  Kiedy patrzę wstecz - każde niepowodzenie nauczyło mnie czegoś ważnego. Analogicznie - każde kolejne również da mi lekcję. Wychodzi więc na to, że porażki należy przyjmować z wdzięcznością :) Czy w ogóle bez porażki możliwy jest rozwój? No tak, to bardzo niepopularny sposób myślenia ;) Na szczęście od zawsze miałam tendencje do życia "pod prąd" ;)
W związku z powyższym zapadła pewna decyzja. Odwlekana przez lata. Z różnych powodów. Wszystkie z nich były rezultatem obaw i strachu, były odpowiedzią na pytanie "a co jeśli się nie uda?" Pewnego dnia powiedziałam sobie: kurcze, a co jeśli SIĘ UDA? To dopiero będzie! I nagle, tak po prostu, postanowiłam zrealizować ten pomysł. Na chwilę obecną odczuwam tak wielką ekscytację moimi planami, że nie potrafię zrozumieć jak mogłam sama pozbawiać siebie tak pięknego stanu. A to dopiero początek!

Ot takie, ubiegłotygodniowe przemyślenia :)
Pozdrawiam i zachęcam do częstego zadawania sobie (i innym) tego niesamowitego pytania!
Aneta :)



wtorek, 10 marca 2015

Stan pitu-pitu i jego szkodliwość, czyli: Ojej! Straszne!

Nie będę chwaliła samej siebie, bo wyjdę na nieskromną... Ojej! Straszne! Nie będę zachowywała się jakbym nadal miała naście lat, bo nie wypada... Ojej! Straszne! Nie zerwę tak po prostu kontaktu z osobą, która mnie wkurza do kwadratu, nie powiem "bye! to koniec naszej znajomości", bo nie tak zostałam wychowana... Ojej! Straszne! Nie będę głośno mówiła, że mam zupełnie inne zdanie, bo zostanę odludkiem w swoim otoczeniu... Ojej! Straszne! Nie będę żyła jak mi intuicja podpowiada, bo spotka się to z niezrozumieniem ze strony innych... Ojej! Straszne! Nie będę przeklinała, bo nie wypada... Ojej! Straszne! Nie pozwolę sobie na urlop od bycia matką, bo jak to tak! Ojej! Straszne! Nie powiem pani doktor w przychodni co myślę o tym, że nie mówi "dzień dobry" wchodząc do poczekalni i nie przeprasza za to, że spóźniła się pół godziny do pracy, bo to przecież lekarz... Ojej! Straszne! 

Cyrtolę się ze wszystkimi wokół jakbym nie miała własnego rozumu i nie czuła, że działam wbrew sobie, że coś tam we mnie ciągle się buntuje, a ja to wypieram. 
Zadowalając innych - gaszę siebie. A mam świecić! Bo tak chcę. Kto o to zadba? Inni? Oni? Nie, raczej nie. Oni mają w głębokim poważaniu to, żebym była sobą. Mam być taką jaką chcą mnie widzieć, taką z jaką będzie im łatwiej, wygodniej. Mam być według ich scenariusza. 

Niestety (albo stety?) Już nie. Dawno temu podjęłam decyzję, że będę tą złą, niedobrą, niewdzięczną, inną, dziwną, wredną. O tak :) Z rozkoszą :) 

Ty nie musisz lubić mnie, ja nie muszę lubić ciebie.
Ty nie musisz się ze mną zgadzać, ja nie muszę zgadzać się z tobą.
Ja nie mówię ci jak masz żyć i ty też nie będziesz.
Guzik wiesz o moim życiu, bo to nie twoje życie.
Nie przeżyjesz, nie zrozumiesz, więc się nie wypowiadaj. 
Ojej! Straszne!

Czy to nie dziwne, że jako dorośli ludzie nadal musimy walczyć o to by być sobą? Być sobą tak po prostu, bez tłumaczenia się, bez obaw? Nie dziwi Was to? Mnie bardzo. Chociaż mam już na swoim koncie ogromne postępy w tej dziedzinie, to i tak wciąż, z uporem maniaka powraca ten dzień, kiedy nagle zdaję sobie sprawę z tego, że znowu zaliczyłam powtórkę z rozrywki, znowu zrobiłam z siebie pitu-pitu i patrzę na wszystkich wokół zamiast na siebie.

A Ty? Będziesz czekać, aż wszyscy znikną? Uciekniesz? Wtedy wreszcie weźmiesz swoje życie w swoje ręce? Wtedy nikt nie będzie Cię ograniczał? A co jeśli znikniesz pierwsza? Kiedy będziesz sobą? Nigdy?

Będzie tak jak ja chcę.
Taka niedobra jestem, noooo :)

Życzę Wam rozkosznego wtorku :)
Aneta

sobota, 7 marca 2015

Wiosenne DIY. Świeca z kwiatami.

Marzec jest zdecydowanie odpowiednim miesiącem na rozpoczęcie przygotowań do wiosny. Bardzo cenię sobie nieskomplikowane pomysły, a ten zauroczył mnie łatwością wykonania. Pochodzi z niezawodnego serwisu Pinterest. Znajdziecie tam mnóstwo innych inspiracji na wiosenne dekoracje. 
Postawiłam na kwiaty ponieważ to właśnie one kojarzą mi się z wiosną zdecydowanie najbardziej. Poza tym, bardzo wpływają na pozytywny nastrój. Dom udekorowany kwiatami zyskuje nowe życie :)


CO BĘDZIE POTRZEBNE?
  • świeca
  • gumka recepturka
  • kawałek tasiemki, koronki
  • kwiaty - u mnie mnie goździki, które kocham między innymi za trwałość
  • naczynie
  • pistolet z klejem na gorąco

JAK WYKONAĆ DEKORACJĘ?
Na świecę należy nałożyć gumkę recepturkę,która wstępnie będzie przytrzymywała łodyżki kwiatów. Musi być nałożona dosyć nisko, ponieważ powyżej będzie umieszczona tasiemka. Każdy kwiat trzeba przyciąć na odpowiednią długość i umieścić go za gumką. Kiedy wszystkie kwiaty będą przymocowane - tasiemką należy owinąć świeczkę, końcówki sklejając gorącym klejem.


CZY TO JUŻ KONIEC?
Tak! To wszystko :) Prawda, że proste? Teraz wystarczy umieścić nowo powstałą dekorację w naczyniu z wodą.


W pierwszym zamyśle przygotowałam białą podstawkę, jednak zdecydowałam, że w przeźroczystej, szklanej miseczce moja świeca prezentuje się znacznie ciekawiej.
Urządzając swoje cztery kąty celowo postawiłam na neutralne kolory, dzięki czemu teraz drobnymi dodatkami mogę wprowadzić do wnętrza kolor, a kiedy mi się znudzi po prostu zmienić go na inny. Niskim kosztem i małym nakładem pracy. Bardzo polecam takie rozwiązanie :)


Powstał dylemat: czy udekorować stolik w pokoju dziennym, czy może połączyć róż z bielą? Muszę przyznać, że od pewnego czasu takie zestawienie bardzo mnie urzeka :)


Takie zagwozdki kocham :) Nie pozostaje nic innego jak przygotować jeszcze jedno wiosenne DIY i po kłopocie :) Niebawem zaprezentuję Wam kolejną inspirację :)

Tymczasem życzę udanego, kreatywnego weekendu :)
Aneta :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...