piątek, 1 maja 2015

Mój pomysł na... zielnik na balkonie :)

Świeżych ziół nigdy dosyć! Zawsze mam jakieś na kuchennym parapecie, ale... mamy maj, spokojnie można zaszaleć już z sadzeniem roślin na zewnątrz. Jeśli macie do dyspozycji balkon - świetnie! Sadzonki można umieścić w tradycyjnych donicach, albo - żeby nie tracić miejsca - wykorzystać takie oto plastikowe pojemniki nakładane na poręcz.


Jak widzicie - połączyłam zioła z kwiatami. Na razie są to stokrotki, ale niebawem zastąpią je piękne jaśminy, które utworzą naturalną osłonę poręczy balkonowych. Ok, wróćmy do tematu ;) Zioła najlepiej kupować na giełdzie kwiatowej - gwarancja dobrego wzrostu jest wtedy baaardzo duża. Podobnie, tylko trochę drożej, jest na targowiskach. Market to ostatnie miejsce, w którym kupuję zioła, ale wiadomo - czasami jedyne dostępne w danej chwili. Dobrze wtedy pamiętać, że im szersza/większa doniczka - tym lepiej rozwinięty system korzeniowy. Po przesadzeniu do pojemników należy je oczywiście od razu podlać. Ogólnie rośliny balkonowe najlepiej nawadniać rano, wtedy w ciągu dnia dobrze poradzą sobie z majowym słońcem, którego mam nadzieję będzie pod dostatkiem. 


Pojemniki, które zastosowałam w tych nasadzeniach, występują w różnych rozmiarach i kolorach. Posiadają elementy mocujące, dlatego pasują również na cieńsze poręcze. Dostępne są w kilku różnych marketach, nie powinno być problemu z dostępnością. Nie zapomnijcie o otworach odpływowych dla wody. Są konieczne i trzeba wykonać je samodzielnie. Bardzo polecam takie rozwiązanie, póki co nie znalazłam lepszego :) 
PS. To nie jest post sponsorowany heh ;) A szkoda, mam jeszcze wolne miejsce ;)

Pozdrawiam, 
Aneta

środa, 29 kwietnia 2015

"A co jeśli się uda?" - Magiczne pytanie :)

Takie świetne pytanie, a tak rzadko sobie je zadaję... Częściej pojawia się czarnowidztwo, które zazwyczaj nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Zastanawiam się ile okazji zmarnowałam, ilu chwil nie przeżyłam, ile razy wycofałam się z powodu błąkającego się po głowie jak mantra "a co jeśli się nie uda?". A to przecież takie przyjemne, zastanawiać się, snuć wizje jak cudownie będzie gdy zrealizuję to o czym myślę :) Naturalnym skutkiem ubocznym zadawania sobie tytułowego pytania jest rozbudzenie w sobie kolorowych, optymistycznych wizji, które popychają w kierunku realizacji planów i spełniania marzeń :) Wiem już, że warto marzyć, wiem też, że marzenia się nie spełniają (nie ma na co czekać, niestety) - marzenia się spełnia (trzeba wziąć sprawy w swoje ręce, najlepiej od razu), wiem, że spełnianie marzeń nie jest trudne, wiem, że jest możliwe, wiem, że należy marzyć z rozmachem. No fajnie :) Co dalej? 


Teraz przyszła kolej na snucie pozytywnych wizji, które dają jeszcze większą energię i sprawiają, że marzę częściej i bardziej intensywnie :) Zbyt często rozpoczynając kolejny projekt startowałam mentalnie przygotowana na niepowodzenie. Miałam w myślach opracowany plan B, C, a często i D. Myślałam, że to przezorność czy zaradność, a to zwykły strach. Strach przed porażką i brak zgody na nią. Zabrakło odwagi, a bez tego nie ma marzeń. Oczywiście, że nie wszystko jest zawsze po mojej myśli. Czasami spadam twardo na cztery litery, dostaję obuchem po głowie. Te doświadczenia są bardzo potrzebne. Oprócz tego, że uczą pokory (której dziś bardzo brakuje) - skłaniają do myślenia (tego też brakuje) i wskazują kierunek.  Kiedy patrzę wstecz - każde niepowodzenie nauczyło mnie czegoś ważnego. Analogicznie - każde kolejne również da mi lekcję. Wychodzi więc na to, że porażki należy przyjmować z wdzięcznością :) Czy w ogóle bez porażki możliwy jest rozwój? No tak, to bardzo niepopularny sposób myślenia ;) Na szczęście od zawsze miałam tendencje do życia "pod prąd" ;)
W związku z powyższym zapadła pewna decyzja. Odwlekana przez lata. Z różnych powodów. Wszystkie z nich były rezultatem obaw i strachu, były odpowiedzią na pytanie "a co jeśli się nie uda?" Pewnego dnia powiedziałam sobie: kurcze, a co jeśli SIĘ UDA? To dopiero będzie! I nagle, tak po prostu, postanowiłam zrealizować ten pomysł. Na chwilę obecną odczuwam tak wielką ekscytację moimi planami, że nie potrafię zrozumieć jak mogłam sama pozbawiać siebie tak pięknego stanu. A to dopiero początek!

Ot takie, ubiegłotygodniowe przemyślenia :)
Pozdrawiam i zachęcam do częstego zadawania sobie (i innym) tego niesamowitego pytania!
Aneta :)



wtorek, 10 marca 2015

Stan pitu-pitu i jego szkodliwość, czyli: Ojej! Straszne!

Nie będę chwaliła samej siebie, bo wyjdę na nieskromną... Ojej! Straszne! Nie będę zachowywała się jakbym nadal miała naście lat, bo nie wypada... Ojej! Straszne! Nie zerwę tak po prostu kontaktu z osobą, która mnie wkurza do kwadratu, nie powiem "bye! to koniec naszej znajomości", bo nie tak zostałam wychowana... Ojej! Straszne! Nie będę głośno mówiła, że mam zupełnie inne zdanie, bo zostanę odludkiem w swoim otoczeniu... Ojej! Straszne! Nie będę żyła jak mi intuicja podpowiada, bo spotka się to z niezrozumieniem ze strony innych... Ojej! Straszne! Nie będę przeklinała, bo nie wypada... Ojej! Straszne! Nie pozwolę sobie na urlop od bycia matką, bo jak to tak! Ojej! Straszne! Nie powiem pani doktor w przychodni co myślę o tym, że nie mówi "dzień dobry" wchodząc do poczekalni i nie przeprasza za to, że spóźniła się pół godziny do pracy, bo to przecież lekarz... Ojej! Straszne! 

Cyrtolę się ze wszystkimi wokół jakbym nie miała własnego rozumu i nie czuła, że działam wbrew sobie, że coś tam we mnie ciągle się buntuje, a ja to wypieram. 
Zadowalając innych - gaszę siebie. A mam świecić! Bo tak chcę. Kto o to zadba? Inni? Oni? Nie, raczej nie. Oni mają w głębokim poważaniu to, żebym była sobą. Mam być taką jaką chcą mnie widzieć, taką z jaką będzie im łatwiej, wygodniej. Mam być według ich scenariusza. 

Niestety (albo stety?) Już nie. Dawno temu podjęłam decyzję, że będę tą złą, niedobrą, niewdzięczną, inną, dziwną, wredną. O tak :) Z rozkoszą :) 

Ty nie musisz lubić mnie, ja nie muszę lubić ciebie.
Ty nie musisz się ze mną zgadzać, ja nie muszę zgadzać się z tobą.
Ja nie mówię ci jak masz żyć i ty też nie będziesz.
Guzik wiesz o moim życiu, bo to nie twoje życie.
Nie przeżyjesz, nie zrozumiesz, więc się nie wypowiadaj. 
Ojej! Straszne!

Czy to nie dziwne, że jako dorośli ludzie nadal musimy walczyć o to by być sobą? Być sobą tak po prostu, bez tłumaczenia się, bez obaw? Nie dziwi Was to? Mnie bardzo. Chociaż mam już na swoim koncie ogromne postępy w tej dziedzinie, to i tak wciąż, z uporem maniaka powraca ten dzień, kiedy nagle zdaję sobie sprawę z tego, że znowu zaliczyłam powtórkę z rozrywki, znowu zrobiłam z siebie pitu-pitu i patrzę na wszystkich wokół zamiast na siebie.

A Ty? Będziesz czekać, aż wszyscy znikną? Uciekniesz? Wtedy wreszcie weźmiesz swoje życie w swoje ręce? Wtedy nikt nie będzie Cię ograniczał? A co jeśli znikniesz pierwsza? Kiedy będziesz sobą? Nigdy?

Będzie tak jak ja chcę.
Taka niedobra jestem, noooo :)

Życzę Wam rozkosznego wtorku :)
Aneta

sobota, 7 marca 2015

Wiosenne DIY. Świeca z kwiatami.

Marzec jest zdecydowanie odpowiednim miesiącem na rozpoczęcie przygotowań do wiosny. Bardzo cenię sobie nieskomplikowane pomysły, a ten zauroczył mnie łatwością wykonania. Pochodzi z niezawodnego serwisu Pinterest. Znajdziecie tam mnóstwo innych inspiracji na wiosenne dekoracje. 
Postawiłam na kwiaty ponieważ to właśnie one kojarzą mi się z wiosną zdecydowanie najbardziej. Poza tym, bardzo wpływają na pozytywny nastrój. Dom udekorowany kwiatami zyskuje nowe życie :)


CO BĘDZIE POTRZEBNE?
  • świeca
  • gumka recepturka
  • kawałek tasiemki, koronki
  • kwiaty - u mnie mnie goździki, które kocham między innymi za trwałość
  • naczynie
  • pistolet z klejem na gorąco

JAK WYKONAĆ DEKORACJĘ?
Na świecę należy nałożyć gumkę recepturkę,która wstępnie będzie przytrzymywała łodyżki kwiatów. Musi być nałożona dosyć nisko, ponieważ powyżej będzie umieszczona tasiemka. Każdy kwiat trzeba przyciąć na odpowiednią długość i umieścić go za gumką. Kiedy wszystkie kwiaty będą przymocowane - tasiemką należy owinąć świeczkę, końcówki sklejając gorącym klejem.


CZY TO JUŻ KONIEC?
Tak! To wszystko :) Prawda, że proste? Teraz wystarczy umieścić nowo powstałą dekorację w naczyniu z wodą.


W pierwszym zamyśle przygotowałam białą podstawkę, jednak zdecydowałam, że w przeźroczystej, szklanej miseczce moja świeca prezentuje się znacznie ciekawiej.
Urządzając swoje cztery kąty celowo postawiłam na neutralne kolory, dzięki czemu teraz drobnymi dodatkami mogę wprowadzić do wnętrza kolor, a kiedy mi się znudzi po prostu zmienić go na inny. Niskim kosztem i małym nakładem pracy. Bardzo polecam takie rozwiązanie :)


Powstał dylemat: czy udekorować stolik w pokoju dziennym, czy może połączyć róż z bielą? Muszę przyznać, że od pewnego czasu takie zestawienie bardzo mnie urzeka :)


Takie zagwozdki kocham :) Nie pozostaje nic innego jak przygotować jeszcze jedno wiosenne DIY i po kłopocie :) Niebawem zaprezentuję Wam kolejną inspirację :)

Tymczasem życzę udanego, kreatywnego weekendu :)
Aneta :)

środa, 25 lutego 2015

Oswajam strachy, planuję przyjemności. 5 miejsc w Tatrach na weekend.


Dosyć późno odkryłam, że planowanie to podstawa. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić o ile więcej bym przeżyła mając tego świadomość. Zawsze miałam tzw. apetyt na życie, ale... jakoś się nie składało. To było coś w stylu: "chciałaby, a boi się" ;)

Tak było na przykład z wyprawą w Tatry. Niejednokrotnie podziwiałam z zapartym tchem, oczywiście na zdjęciach, tatrzańskie panoramy. Ale nigdy się nie odważyłam zobaczyć tego na własne oczy. Zawsze miałam gotową wymówkę. A może to był lęk. Przed czym? Przed porażką? Przed nowym, nieznanym?

Teraz, kiedy zamiast uciekać - działam, przyjrzałam się tym moim "strachom".

NIGDY WCZEŚNIEJ TEGO NIE ROBIŁAM.
Co prawda byłam parę razy w górach, ale to były Beskidy. Też ładne, jednak bez tego "wow". Tatry to coś zupełnie innego. To na pewno góry dla wytrzymałych (a moja kondycja - bardzo przeciętna) - powtarzałam sobie. No i w ten sposób lata mijały, a ja zachwycałam się fotografiami zrobionymi przez osoby, które miały tę odwagę. Zazdrościłam im. "To na pewno inny wymiar bycia" - myślałam po cichu. Aż w końcu przyszedł dzień, w którym powiedziałam sobie: spróbuj, żeby kiedyś nie żałować ;) W sumie nie wiem dlaczego tyle lat odwlekałam tę decyzję. Teraz wydaje mi się ona oczywistą ;)

A CO JEŚLI NIE DAM RADY?
To była na prawdę wielka obawa. Nie lubiłam porażek. Teraz wiem, że są potrzebne, ponieważ uczą i wskazują nowe rozwiązania. Czy coś się stanie jeśli nie podołam? Nie. Po Prostu nie. Absolutnie nie jest to przeszkodą, żeby spróbować. Urządzę po prostu piknik w miejscu, które mnie pokona, odpocznę i zejdę z powrotem. W domu zdecyduję czy będzie kolejne podejście i opracuję plan jak się do tego zabrać. Tak, wiem, że mogłabym wzmocnić swoją kondycję już teraz, ale mi się zwyczajnie nie chce. Staruję zatem z tym co mam. Zaraz, zaraz, kiedy to ja zaczęłam postrzegać porażkę w kategorii wyzwania? Ale super!

CZEGO DO TEJ PORY NIE BRAŁAM POD UWAGĘ?
- Tego, że wspinaczkę mogę podzielić na etapy. I przenocować w schronisku. Po analizie doszłam do wniosku, że to chyba nawet będzie niezła przygoda. 
- Tego, że na pewną wysokość mogę wjechać kolejką, a dopiero później maszerować.

TATRY TAKIE ROZLEGŁE! CO WYBRAĆ?
Nie potrafiłam się sprecyzować. Wiadomo, że nie porwę się z motyką na słońce. W tej całej euforii pozytywnego postrzegania wszystkiego wokół, trochę zdrowego rozsądku mi jednak pozostało ;) Pomyślałam, że skoro moją kondycję można porównać do tej, którą posiada zdeterminowany dziesięciolatek, powinnam poszukać trasy, z którą spokojnie poradzi sobie dziecko. Przejrzałam mnóstwo stron z propozycjami. I wybrałam.

1. DOLINA GĄSIENICOWA
źródło: świetny blog Wieczna Tułaczka - multum niezbędnych informacji, bardzo polecam!
 2. WODOGRZMOTY MICKIEWICZA
źródło: Panoramio
3. DOLINA PIĘCIU STAWÓW POLSKICH
źródło: kolejny świetny blog Tatry dla średnio zaawansowanych
4. GĘSIA SZYJA
źródło: blog Górskie wojaże
5. DOLINA CHOCHOŁOWSKA
Byłam tam dwa lata temu, koniecznie do powtórzenia, ponieważ wtedy nie wpadłam na to, żeby wyjść wyżej i oglądać krokusowe łąki z góry, a w tym roku to zrobię :)
źródło: Planeta gór
To plan ogólny. Teraz osobno opracuję każdą z wycieczek.A gdy tylko pogoda na to pozwoli, wyruszam na szlak. Jestem niesamowicie podekscytowana! W planach mam również kilka polskich miast (tydzień temu zaliczyłam Gdańsk - uroczy! i Sopot - morze zimą, ach!) oraz część jury krakowsko-częstochowskiej. Polska taka piękna!


Przydatne strony i informacje:
Czy wiedzieliście, że w Tatrzańskim Parku Narodowym kolor szlaku nie określa jego trudności? Byłam absolutnie pewna, że tak. Zawsze bardzo bałam się czarnego szlaku.
  • niebieski - wskazuje na długie, dalekosiężne szlaki.
  • czerwony - odnosi się do głównych, podstawowych, najbardziej charakterystycznych szlaków.
  • czarny - informuje o krótkim szlaku, końcowym podejściu.
  • zielony - pokazuje drogę do szczególnych miejsc.
  • żółty - znaczy szlaki łącznikowe, a czasem dojściowe.
O stopniu trudności stanowią gwiazdki, od jednej do pięciu.

Sądząc po pogodzie wiosna tuż - tuż, więc jak tylko rozkwitną krokusy - kierunek Tatry :)

życzę Ci udanego dnia,
zaplanuj coś fajnego ;)
Aneta.
    Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...